wtorek, 5 kwietnia 2016

- ALASKA -

RAJ NA ZIEMI?!

CZĘŚĆ PIERWSZA: Informacje praktyczne


Alaska, jak wszystkim wiadomo, jest stanem USA, chociaż jak dla mnie, oprócz języka i waluty, nic wspólnego z Ameryką nie ma. Było to moje największe marzenie. Miejsce nieskalane, odwiedzane przez nielicznych. Same ochy i achy. No i główny powód mojego przedłużenia programu Au-Pair. Na wyprawę wybrałam się wraz z mym mężczyzną u boku.


8 dni - Ponad 2000 mil (3220 km) - niezapomniane widoki



Trasa przejazdu:

Lot z nowego jorku do Denver, z Denver do Anchorage

Anchorage - Kenai - Homer - Denali National Park - Nenana - Fairbanks - North Pole - Central - Droga na Arctic Circle (niestety z przyczyn niezależnych, na mniej niż 60 mil zdecydowaliśmy zawrócić) - Anchorage 




Dodatkowo, co nie zamieszczone na mapie, robiliśmy lokalne wypady, do parków, wodospadów, zobaczyć rurę (jedną z wielkich atrakcji na Alasce, czyli jak hydraulika może przyciągać turystów), zjeżdżaliśmy z drogi, do czegoś co nas ciekawiło. Te 1845 to przejazd od centrum miasta, do innego. Pozostałe mile nie zostały tutaj objęte. Żeby zaraz nie było pytań, jak to ponad 2000 mil, jak google mówi mniej :) 



1. Wynajem auta/ hotele/ bilety
Wszystko z wymienionych zarezerwowaliśmy z dość dużym wyprzedzeniem, układaliśmy długo plan, żeby wszystko zmieścić, nie było tego za dużo a jednak wszystko, co chcieliśmy.
Lot z NY (LGA) wyniósł nas $500 w dwie strony, dla jednej osoby. Z ceny byłam bardzo zadowolona, bo zazwyczaj są droższe, do tego daty wakacji nie ustalałam, więc co było, to braliśmy.
Jeśli chodzi o hotele i auto, wszystko załatwialiśmy przez booking.com i też zrobiliśmy duży rekonesans.
Oczywiście zaczęliśmy od airbnb, ale jako, że jechaliśmy totalnie poza sezonem, dużo noclegów było nieczynnych, a te które były czynne, miały porównywalne ceny (bo hotele poza sezonem zaś były tańsze). Średnio za noc płaciliśmy 30 dolarów od osoby. No i auto. Też nam trochę zajęło szukanie. Ceny zaczynały się zazwyczaj od 280, nam udało się znaleźć zniżkę za $160 z ubezpieczeniem. Bardzo tanio, do tego auto ekonomiczne. Na paliwo wydaliśmy około 150$ (może i mniej)


2. Kiedy na Alaskę jechać
Nie chcę mówić, ze jestem jakimś znawcą w tym temacie, bo byłam raz, ale z własnego doświadczenia opiszę jak to wyglądało.
Nasz termin zahaczał o święta Wielkanocne, więc w Wielką Sobotę, choć godzina nie była za późna, bardzo dużo sklepów/ restauracji było zamkniętych. Na początku nie wiedzieliśmy, czy to wina świąt czy sezonu. Po dalszym zwiedzaniu, doszliśmy do wniosku, że te dwa grają bardzo dużo rolę. Tak na przykład też w Homer Spit, który jest typową przystanią rybacką, z barami, ze świeżą rybą, nie było otwarte nic (w samym Homer jednak (jakieś) życie się toczyło). Jeśli więc chcesz zaznać klimatu turystycznego, pełnego życia miast polecam jechać w sezonie. Co jeszcze Cię omija poza sezonem? Dużo atrakcji. Nie udało nam się dotrzeć ani do autobusu, ani na koło podbiegunowe, nie złowiliśmy żadnej ryby (te marzenie akurat nie moje), nie widzieliśmy zorzy polarnej (no dobra, tylko jedną i to taką małą). Powinien to być koniec świata dla mnie i wyprawa nie udana, ale niestety z przyczyn niezależnych/ pogodowych, więc nic się nie dało z tym zrobić, a zadowolona wróciłam jak nigdy.
No i jeszcze noclegi - w lato można raczej spać na dziko, zaoszczędzając tym samym dużo pieniędzy. Uważać jednak trzeba na zwierzynę. O campingu dla nas jednak nie było mowy, więc spędziliśmy w naszej malutkiej Maździe tylko jedną noc. Przy ujemnej temperaturze, bez większego na to przygotowania.


3. Objazdówka, drogi
Po ułożeniu naszego planu, trochę się obawialiśmy, że nie zdążymy zrobić wszystkiego, co sobie zaplanowaliśmy. Przerażały nas też godziny w aucie obliczone przez Google. Ale stwierdziliśmy, że nie ma co, jak coś będzie trzeba ominąć, zastanowimy się na miejscu co. Takiej konieczności jednak nie było. Na wszystkich drogach jest ograniczenie do 55-65 mph. Cała Alaska jest wolna, jeżeli znak jest 65, ludzie prawdopodobnie pojadą 60. Drogi są jednak idealne, policji praktycznie brak (na całą podróż, przy drodze, spotkaliśmy tylko jeden radiowóz), nie zachęcam, ale aż się samo prosi o duże przyśpieszenie. Uważać trzeba jednak na łosie, które czasem na drogę wychodzą. Miejsca łatwo dla nich dostępne są jednak poprzedzone znakami. Mi osobiście wyskakujący znienacka zdarzył się raz, a na drodze przechodzące widziałam ze 3 (tylko nie pod moje koła, całe szczęście. I tak, wszystkie z nich przeżyły). No i do tego wszystkiego, posługiwałam się polskim prawkiem, bo z USA nie posiadam, a międzynarodowego zapomniałam. Auto zatem było wynajęte na współtowarzysza, o mnie nie było tam nic wspomniane. Wszystko szło bardzo gładko, i tak np droga z Fairbanks do Anchorage obliczona na 8h 30 min pokonana została w 5h 45min (i to z 3 krótkimi przerwami). Ale tu też duża uwaga: Jeśli komunikat jest, że droga jest trudna, mało dostępna itd., tak właśnie jest. To nie NJ/NY czy tym podobne, gdzie jest panika z powodu kilku cm śniegu. My tak myśleliśmy, i tym sposobem mieliśmy przyjemność jechać po lodzie czy w mgle połączonej z hmm, zamiecią śnieżną. I tak szczęście, że droga była otwarta. Tu kolejne spostrzeżenie, warto tankować auto, jak widzicie stację benzynową (poza dużymi miastami oczywiście). W drodze na koło podbiegunowe ostatnia stacja, jest na 200 mil przed nim, tak samo do Central (Circle) - trzeba przejechać 160 mil aby znaleźć stację + przebicie o ponad $1 za galon.


4. Jak to z tym autobusem
Czyli wszyscy marzą, nie wszyscy wiedzą. Na trasie (w planach) oczywiście było, ale pod drobnym znakiem zapytania. A dlaczego? Bo wyprawa długa, o locie tam nie było mowy, więc trzeba było zobaczyć na miejscu, co nam z tego wyjdzie.
Początkowy plan obejmował całodniowy przemarsz, nocleg w autobusie i powrót. Teraz tak. W jedną stronę trzeba pokonać około 26 mil, pieszo, czyli ponad 50 mil w dwie strony (ponad 80 km. Czyli jak z Katowic do Krakowa pieszo). Kiedy ostatnio miałeś taki rekord? w górach? w śniegu? Przy -10°C w nocy? Hmm, no właśnie. Ale to nie wszystko, może dało by radę ale kolejnym problemem jest rzeka. My byliśmy za późno i rzeka nie była w pełni zamarznięta. To była jedna z najważniejszych przyczyn. Dlatego też zima jest super, łatwo można przejść rzekę (bądź przejechać drogę na skuterach śnieżnych- jeśli oczywiście wasz budżet wam na to pozwala), bądź lato, i rzekę można przejść. Mostu brak.
Na dojście tam i z powrotem, zależnie od kondycji, najlepiej przeznaczyć parę dni. Trzeba wliczyć cały ekwipunek, jedzenie (którego trzeba więcej, bo chodzimy dużo, dodatkowo jest zimno, więc nasze ciało ma większe zapotrzebowanie kaloryczne, niż normalnie), woda + pić trzeba dużo, namiot, śpiwór, ubrania. Trzeba też przygotować się z zakresu spotykania na swojej srodze dzikiej zwierzyny. Bo co zrobisz jak nagle wyskoczy Ci łoś czy miś? No wcale one takie przyjemne nie są jak te w książkach dla dzieci.
Kolejny punkt- trasa nie jest oznakowana, nie jest to aż tak ogromna atrakcja turystyczna - umiejętności skauta mile widziane.
A, no i jak zimno, trzeba rozpalić ognisko. Bez węgla i podpałki. Potrafisz?Teraz chyba już wiesz, że nie jest to aż takie proste.

5. Co innego/ dziwnego/ niesamowitego/ szokującego
Tych rzeczy jest kilka, wszystkie one tworzą niezapomniany klimat Alaski
- Większość aut posiada wystający kabel, ładowarkę do akumulatora, i ładują je przez noc. Na niektórych parkingach przy restauracjach, są kable podpięte do prądu, więc jedząc, można też z obawy o mróz, podpiąć auto, jeść spokojnie i po wyjściu, bez smutnej niespodzianki odpalić auto
- Ludzie na Alasce są wolni, serdeczni, otwarci, ufni: wszyscy z Tobą rozmawiają (jeszcze bardziej niż w całych stanach), są uśmiechnięci, serdeczni, pomocni. Jest to taka duża komuna, gdzie ludzie trzymają się razem, wszystkich znają i pomagają sobie nawzajem (tak np będąc w sklepie, zastanawialiśmy się po co tam tyle ludzi- chyba z 10 osób, okazało się, że to sąsiedzi przyszli, ot tak, rozładować towar. Kupując aparat analogowy, pani powtarzała, żebym wypróbowała całą rolkę zdjęć, wywołała i jak będzie ok to dopiero wtedy przyniosła jej pieniądze. Jak dowiedziała się, że biorę w ciemno, dostałam gratis drugi obiektyw (mnóstwo innych do wypróbowania), pokrowiec na aparat, torbę na aparat i obiektywy, lampę i baterię. Kosztował $20, działa idealnie.
- Ludzie jedzą dużo, co widać na ulicach. Jest sporo ludzi otyłych. Trudno się jednak dziwić, zapas na zimę, a zima długa. Porcje jedzenia w restauracjach, wydaje mi się, że też większe niż tutaj.
- Ceny- jest drogo, różnice widać i w jedzeniu, i w paliwie (zależy gdzie i co kupujemy, ale w większości przypadków miałam wrażenie, że jest drożej- szczególe małe sklepiki, gdzieś gdzie jest jeden na 50 mil). 
Przy rezerwowaniu hoteli sprawdziliśmy, czy mają mikrofalówkę, czy jakąś podstawową kuchnie (cokolwiek), raczej zawsze mieliśmy jakieś świeże owoce na małego głoda (podczas długiej podróży autem sprawdzają się bardzo dobrze, wiadomo) i zupki chińskie/ puszki na jeden posiłek dziennie- reszta jedzona była w restauracjach, barach, w lokalnych miejscówkach, wszędzie, gdzie dobrze i lokalnie.
- Renifera można zjeść w wielu miejscach. Bardzo popularna jest kiełbasa: śniadanie, koreczki, hot dog, czy też w postaci burgera.
- Kawa, kawa, wszędzie kawa! Małe budki z kawą to plaga i ceny nie są wygórowane 
- Wszystko nazywa się tak jak miejsce w którym jesteś, rzeka, czy droga (Czyli wszystkie sklepy, zakłady, ośrodki zdrowia to Denali, Homer, Moose, Alaska itd.) Restauracje często nazwy czerpią od tego, co serwują

6. Co mnie najbardziej urzekło w Alasce:
- Muzeum w Anchorage (niesamowita zabawa, muzeum interaktywne dla dzieci i nie tylko, spędziłam tam naprawdę dużo czasu zamykając się w bańce mydlanej, głaskając żółwia czy skacząc, sprawdzając tym samym przez jak długo potrafię latać - planetarium jednak jest małe i wyświetla stare filmy)
- Homer i Homer Spit - Cudowne miejsce, stare, drewniane miasteczko, przepiękne widoki, kochani ludzie- miejsce przeznaczone na moją spokojną emeryturę, daj Bóg
- Denali i noc pod gołym niebem - najpiękniejsze czyste niebo, jakie kiedykolwiek widziałam, rozpalenie ogniska, gdzieś po środku niczego (z zapalniczką i zebranymi patykami- ogromna radość), gotowanie na nim obiadu, cisza dookoła
- Natura - widoki wszędzie nieziemskie, łosie chodzące niemalże po ulicy (Wszyscy powtarzali nam, ze łosia łatwo spotkać. W pierwszym dniu nie mieliśmy szczęścia, w drugim jednak myśleliśmy, że wygraliśmy życie i w końcu nam się udało (łoś był baaaaaardzo daleko, widziany z punktu widokowego, na zdjęciach wygląda jak pies albo krowa, bo tak daleko był). Po następnej godzinie jednak, przy całkowicie przypadkowej okazji, stanęłam z łosiem twarzą w twarz i był on niemal na wyciągnięcie ręki) czy też orzeł przelatujący nad głową, gdy podziwiasz sobie plażę.
- North Pole- dom Świętego Mikołaja. Chociaż nasz Mikołaj to ponoć jest z Laponii, to dane mi było odwiedzić jego Amerykańską rezydencję. I przyznam szczerze, że nic dawno nie sprawiło, że czułam się jak dziecko, hahah. Renifery i cała otoczka świąt, ach. Może i komercyjnie, sklep wypchany po brzegi tym co dusza tylko zapragnąć może, a nawet i więcej, ale coś w tym cudownego było. No chyba, że to tylko przez to, że brak mi rodziny na święta było, i mi rodzinne, dziecinne wspomnienia wróciły?!
- Arctic Circle Hot Springs- cudowny, stary ośrodek. Dawno temu zamknięty, nie ogrodzony, pokoje hotelowe otwarte, można zwiedzać (nielegalnie, ale można). dużo zabawy no i ogrzać się w wodzie można.
- zachody słońca (o godzinie 10)
- kurcze, tak myślę, czy nie powinnam tu jednak dać punktu WSZYSTKO i na tym skończyć opisywanie


Parę zdjęć, bo nie obejdzie się bez
Dokładniejsze/ ładniejsze jednak w następnej notce, kiedy je wszystkie zgram, przejrzę i wywołam z 2 analogów :)

Regularny widok - Droga do Denali National Park
Regularny widok - w drodze z Anchorage do Kenai

Regularny widok - plaża w Homer Spit

Arctic Circle Hot Spring


Taki tam orzeł, lecący tuż obok mnie


Spełnione marzenie - 4th Ave Anchorage

Dom Świętego Mikołaja - North Pole

Łoś
 Parę innych jest też na instagramie: przodkaa  

No to chyba tyle.
Do zobaczenia w części kolejnej, mam nadzieje, że niebawem.
W razie pytań, śmiało pytać :)

wtorek, 24 listopada 2015

- OPOWIEŚCI -

TYPOWO, BLOGOWO, ZZA OCEANU

+ PRZYPADKOWE ZDJĘCIA


wierzyć mi się nie chce, że przygoda z moją rodziną prawie dobiega końca. Zostało nam jakieś 40 dni, a doskonale pamiętam, jak pisałam, że jestem tu JUŻ 80 dni.
40 dni, minie błyskawicznie. Długi weekend (Thanksgiving) wyjazd w góry ze znajomymi. Potem zawita grudzień, oczekiwanie na święta, wyjazd na tydzień do Kanady, powrót w nowy rok pakowanie i opuszczenie 'domu'







Jakie plany na potem?
Zostaje w USA jeszcze troszkę, gdyż zdecydowałam się na przedłużenie roku. Stety- niestety nie ze swoją dotychczasową rodziną. Nie była to moja decyzja, a ich. Dokładnie dziadków (tych, z którymi byłam na wakacjach w Portugalii), bo stwierdzili, że jak dzieci chcą z nimi tam jeździć na wakacje, to muszą znać język. I tak za moimi plecami, nie pytając nawet czy chcę zostać, zaczęli szukać nowej Au-Pair. Smutne ale co zrobić. Miałam nawet jeden wieczór z moimi hostami, gdzie oboje płakali, że z nimi dłużej nie będę, bo jestem super. Płacz płaczem, smutek smutkiem, ale realia takie a nie inne, opuszczam rodzinę.
Stres jest. Trzeba szukać nowej, nie wiem gdzie wyląduje. 
Do tego musiałam robić szkołę na szybko. Wybrałam LIU POST. 2 kursy (Music that made America, Exploring the American States), 2 weekendy, 6 kredytów, chyba lepiej być nie może. Cudna opcja dla mało ambitnych, leniwych, chcących kredyty 'odbębnić', lub poczuć klimat prawdziwego akademika, mieszkając w nim przez weekend w otoczeniu prawdziwych studentów. Moje plany były inne. Chciałam pójść na angielski i hiszpański, ale plan zruinowało mi to, że zamiast do stycznia, czas skrócił mi się do 20 listopada. Na ten dzień też padał deadline, jeśli chodzi o składanie aplikacji, w której trzeba mieć wyrobione wszystkie kredyty.
Wzięłam udział w konkursie na Super Au-Pair. Trzeba było nagrać filmik lub/i napisać esej. Wybrałam dwie opcje. Efekty filmiku: tadam trzymać kciuki, wyniki w grudniu
InterExchange uznało mnie za osobę godną do zrobienia z nią wywiadu na blogu, gdzie można przeczytać, po angielsku, o moich wrażeniach z programem Au-Pair TUTUTU

A jak tak linkami zasypuje, to jeszcze INSTAGRAM




Ach, jak cudowna jest PANAMA! 


piątek, 20 listopada 2015

- DOMINIKANA -

CZYLI GORĄCE WSPOMNIENIA, W JESIENNY DZIEŃ



Moja przygoda na Dominikanie rozpoczęła się z 3 dniowym opóźnieniem. Z tego też względu, zostało mi mało czasu na zwiedzenie wszystkich zaplanowanych miejsc (przejechać wyspę dookoła) i musiałam ustalić nowy plan. Po ciężkich Haitańskich zmaganiach, z Cap Haitien wybrałam autobusem się do stolicy Dominikany: Santo Domingo. Całe szczęście nie miałam żadnych problemów na granicy. Czujnie sprawdzałam tylko, czy od nich dostanę pieczątkę - przybili, uf.



Doznałam wielkiego szoku. Ta sama wyspa, a różnica między państwami kolosalna. Moje oczy ujrzały sklep meblowy, wszystkie fast-foody, supermarket (bez ochroniarzy z karabinami), aptekę, sklepy z ubraniami, domy z szybami w oknach, biurowce, na ulicy panują jakiekolwiek zasady, cywilizacja, łooooo.
Z przystanku odebrał mnie kolejny couchsurfingowy host, i tu niespodzianka, gdyż przyjechał po mnie z jeszcze jednym podróżnikiem, chłopakiem z Teksasu.
Nasz host pokazał nam trochę miasta, po czym wieczorem wyszedł na imprezę, a my zmęczeni podróżą zostaliśmy w domu, i trochę porozmawialiśmy. Opowiedziałam mu o tym, że jutro z rana najprawdopodobniej jadę dalej, bo mam tylko 4 dni i nie chce tracić czasu, a do stolicy i tak jeszcze przyjadę, bo w końcu mam stąd lot, i wtedy pozwiedzam coś jeszcze. Koledze spodobał się plan na tyle, że rano, wyruszyliśmy razem, na koniec drugi wyspy, odpoczywać. Naszym celem była Punta Cana.

I tak znów, złapaliśmy autobus i bez jakiegokolwiek planu, dotarliśmy do celu. Jako, że to miejscowość bardzo turystyczna z samymi hotelami, o couchsufring, tym bardziej last minute, bardzo ciężko (szczerze mówiąc nawet nie sprawdzaliśmy). Znaleźliśmy hostel blisko plaży (hostel, 2 pokoje przechodnie w jednym 6 osób, w drugim 4, wspólna łazienka: $10 za noc saay whaaat?!), i powędrowaliśmy na plaże. A tam czekała na nas cisza, spokój, widoki, woda w kolorze morskim, leżaki, rum wieczorem na plaży z hostelowymi współlokatorami- WAKACJE. Jestem typem aktywnego spędzania czasu, na plaży leżeć nie umiem, hmm, cóż, wszystko się tam zmieniło. Woda o idealnej temperaturze, powietrze rześkie, nic do roboty, czas nie goni. Po całym zwiedzaniu wszystkich miast, łapaniu autobusów, samolotów, czasem biegu, zmęczenia, spaniu w autobusach, przyszedł czas na wakacje. 'Zostaje, nie wracam...' to chyba były słowa najczęściej wypowiadane, no ale oczywiście, na 3 dzień pobytu, padł dzień wyjazdu. Znów podróż do stolicy, gdzie miałam spędzić cały dzień, noc, żeby następnego dnia łapać samolot do Chicago. Pożegnałam się z współtowarzyszem podróży, i tak trafiłam do następnego hosta.
Bardzo aktywnie zwiedzaliśmy a wieczorem spotkanie z jego znajomymi.Dominikana, magiczne miejsce, wszyscy, wszędzie tańczą. W barach, restauracjach, a nawet w sklepie można spotkać. Zamiast barów bardzo popularne tutaj są sklepy monopolowe, przed którymi wystawione są krzesła (bądź tylko miejsca stojące). Co za tym idzie jest bardzo tanio i lokalnie!

Do domu trafiliśmy bardzo późno wraz z kuzynem hosta, który przyjechał na parę dni i jeszcze jedną dziewczyną (też z couchsurfingu). I tu długa debata, że do Chicago nie chcę jechać, bo mam jeszcze czas na zwiedzanie miast, tutaj zupełnie inny klimat, wakacje. Wszyscy mnie bardzo zachęcali i tak na 12 godzin przed lotem, spontanicznie przebookowałam lot. Nie żałuję. Zwiedzanie stolicy, wieczorki taneczne, mnóstwo nowych znajomych, zachody słońca na plaży, jazda transportem publicznym (rozwalające się samochody, ledwo jeżdżące, które mogą zmieścić 7-8 osób, chociaż już w 4 odczuwa się dyskomfort spowodowany brakiem miejsca). Wszystko cudowne!
EDIT: nie wszystko!! Zapomniałam o gwizdaniu i psyczeniu, żeby zwrócić Twoją uwagę. Tutaj to normalne dla nam znanej kultury niegrzeczne. I jak zawsze człowiek się przyzwyczaja do różnic i musi je zaakceptować na terenie obcych państw, tak nazwijcie mnie zamkniętą czy cokolwiek, tego znieść nie mogę.
Już wołanie 'rubia' było lepsze.





Za co kocham najbardziej to miejsce? Mogłabym powiedzieć, że za plaże, ale miejsca turystyczne nie są moimi faworytami. I szczerze rozumiem boom na Dominikanę w PL, bo warto tu przyjechać, ALE, to co mnie najbardziej urzekło, to kultura. Właśnie to, że mogłam poznać wszystko co lokalne. To, że mogłam łapać 'autobusy', które były autami, jeździć na pace, pić z lokalnymi znajomymi piwo w lokalnym barze, czy tam przed sklepem, za rum w nocy, na plaży, w niemiecko-amerykańsko-filipińskim hostelowym towarzystwie, do tego salsa, bachata, merengue, którą mam wrażenie potrafią perfekcyjnie wszyscy lokalni, spacerować nocą do domu, popijając chemiczną oranżadę, która o tej porze nocy, smakuje wyśmienicie!




wtorek, 17 listopada 2015

- HAITI -

CZYLI JAK TO TAM BYŁO
CZ. 2 WAKACJI

No i pierwsze co mi się na usta ciśnie, to CUDOWNIE!
Długi post, ale mógł być jeszcze dłuższy

HAITI

Zaraz po tym jak wysiadłam z samolotu, przywitała mnie kapela grająca haitańskie rytmy, uśmiechnięci widząc białą osobę (w samolocie byłam jedyna, robiono mi nawet zdjęcia), przeszłam kontrolę (jak się potem okazało błędnie) i szczęśliwa wyszłam na zewnątrz. Przed lotniskiem, pod wiatą utkaną z palmy, stoi pełno osób. Nie wiem czy te osoby czekały na bliskich, czy raczej stały w roli gapiów. Błyskawicznie zostałam ostrzeżona, że moja torba jest otwarta na pół centymetra, i mam ją zapiąć, a telefon schować i nie trzymać w ręku. Przyjechał po mnie mój host. Z kwestii bezpieczeństwa, on dodał natomiast, że trzeba być ostrożnym bo kieszonkowcy, oraz ludzie mogą być mało przyjaźni, jeśli chodzi o robienie im zdjęć.
Moje mieszkanie w Port Au Prince mieściło się w górach, widok rozciągał się piękny. Bardzo szokujący w nocy, kiedy wiesz, że pod tobą rozpościera się całe miasto, powinno się świecić w nocy, a zamiast tego, było tylko parę zapalonych lamp. No cóż, biedę widać nie tylko w tym. Nie ma elektryczności, wody, jedzenia, a w nocy było słychać strzały.
Mieszkając u ambasadora, nie musiałam się martwić o nic. Była woda (i to ciepła), prąd praktycznie non stop (z jedną tylko przerwą), wi-fi(!), mur wysoki na 4 piętra i drutem kolczastym, pod napięciem, strażnik przed wejściem z karabinem na 1.5 m.

Domek na drzewie to Hostel, widok z obserwatorium w górach, i widok z mojego balkonu

Czas  z przewodnikiem-hostem couchsurfingowym spędziłam na zwiedzaniu miasta, jeżdżeniu po górach, zwiedzaniu, kosztowaniu lokalnych potraw, piw itd. Był też samotny spacer po górach. Większość ludzi peszyła się na mój widok, byli ciekawi kim jestem i co tu robię. Witali się ze mną. Pierwszy raz moja obecność gdzieś wywołała tyle emocji. I to w dodatku tak skrajnych. Dzieci chowały się, zerkały z ukrycia, albo biegły do mnie, żeby mnie dotknąć. Czasem odnosiłam wrażenie, jakby między swoimi domami biała osoba przechodziła pierwszy raz (bo białe osoby i są, oczywiście, ale w restauracjach, drogich hotelach i samochodach, przenoszących ich z punktu a do b, mało co na ulicach, a tym bardziej gdzieś w lokalnych wioskach górskich).


Stolica zachwyciła mnie na tyle, że postanowiłam zostać 1 dzień dłużej, i tak nie mając potwierdzonego hosta w Cap Haitien, wyruszyłam w 7 godzinną podróż autobusem (ponownie jako jedyna biała), po górskich serpentynach, 'drodze' która ledwo co jest przejezdna, i która w zasadzie nie jest drogą, a ścieżką wyjeżdżoną przez auta. Pierwszy problem jaki pojawił się był właśnie z noclegiem, bo nie miałam żadnego potwierdzenia co do noclegu, żadnych adresów hosteli, do tego ludzie na ulicach widząc białą osobę oblegają ją z każdej strony. Wzięłam swoją torbę i zaczęłam iść. Nie miałam pojęcia gdzie, ale zawsze się gdzieś dojdzie. Hej przygodo, tego chciałaś, podróżowanie samemu, couchsurfing, spontaniczność. Trafiłam na stację benzynową z restauracją (telefon wykrył, że tam jest wi-fi), bliska płaczu prosząc (ba, błagając) o hasło (oczywiście, że nie było dostępne dla gości), dostałam z litości. Udało mi się porozmawiać nawiązać kontakt z dziewczyną, u której miałam spać, potwierdziła pobyt, przyjechała po mnie, czyli wszystko zakończyło się pozytywnie, ale przysięgam, że były to ze 2 godziny baaardzo dużego stresu (potem było gorzej).


Czas z moją couchsurfingową hostką spędziłam aktywnie, bardziej lokalnie, korzystając z transportu publicznego, spacerując. Mieszkałam przy głównej ulicy, przy której ruch zaczynał się o 5-6 rano (widoki powyżej). Motocykle załadowane po 4 osoby, klaksony, straganowe przekrzykiwanie. Nie miałam ciepłej wody, ba często i w ogóle jej nie było, tak jak i prądu (łącznie był może przez maksymalnie 10 godzin, podczas 4 dniowego pobytu i nigdy nie było wiadomo, kiedy będzie). Niesamowite oderwanie od telefonu, problemów pierwszego świata, wszystkiego.


Po 2 dniach przyszedł czas na wycieczkę. Wybrałam się samotnie na najsłynniejszy punkt Haiti- Sans Souci Palace i Citadelle Laferrière
Tap tapem przedostałam się do Milot. 
Na miejscu obległo mnie mnóstwo ludzi proponując mi bycie moim przewodnikiem, transport motocyklem czy też koniem na Citadelle, starając się tym samym wykorzystać fakt, że nie jestem stąd, więc o cenach nie mam pojęcia. Przygotowana na taką sytuację, po twardych negocjacjach wzięłam motocykl i pojechałam (by dostać się na samą górę, trzeba liczyć 3 godzinny marsz, druga opcja- wziąć motocykl i podjechać na parking, skąd na piechotę jakieś 40 minut przy czym jest bardzo stromo). 
Na parkingu znów proponowano mi wszystko co tylko się dało, jednak asertywnie odmówiłam i powędrowałam. 



Na szczycie piękne widoki, całość robi ogromne wrażenie. Pozwiedzałam, odpoczęłam (tu śmieszna historia, gdyż leżałam na dziedzińcu i upajałam się ciszą i widokami, po czym podeszła do mnie grupa młodych Haitańczyków, pytając czy wszystko ok, i żartując, że mam się nie martwić, że jestem biała, i muszą mnie zmartwić ale nawet takie leżenie w 40 stopniowym upale nie da mi aż takiej opalenizny) i czas było wracać. Znów 40 min marszu, motocykl na dół, tap tap do miasta i spacer do domu gdzie stacjonowałam. 




Następnego dnia miała zakończyć się moja przygoda w Haiti. Spakowana wybrałam się na ostatni spacer, i na pożegnanie ze wszystkimi poznanymi tam ludźmi. Oczywiście było by za prosto, gdyby historia skończyła się ot tak. Rano, bladym świtem, wybrałam się na autobus, który miał mnie zabrać do stolicy Dominikany. A tam, niespodzianka. Bilet kupiony jeszcze tylko formalność z urzędnikiem z granicy i można jechać. Okazało się jednak, że nie mam wizy, jestem na Haiti nielegalnie, nie mogą mnie wypuścić z kraju. Powiedziano mi jeszcze, że muszę wrócić do miejsca, do którego przyleciałam i tam muszą mi dać pieczątkę, po czym mam wrócić. Podróż w jedną stronę tam trwa 7 godzin, więc nie było opcji, żeby tam wrócić. Do tego nie było pewności, że uda mi się cokolwiek tam załatwić. Wybrałam się do biura imigracji, tam odesłano mnie na lotnisko w ich mieście. Załatwianie wszystkiego było wyczerpujące i bardzo mozolne. Na opuszczenie Haiti tego dnia już nie było mowy, bo granica zamykana jest o 18, ostatni autobus już odjechał a ja dalej nie miałam wizy. Całość rozwiązał prawnik, z którym miałam wizytę u szefa departamentu imigracji (jeszcze musiał mi dać swoja marynarkę, bo miałam odkryte ramiona, co jest brakiem szacunku). Ten wydał oświadczenie, że z kraju można mnie wypuścić. Po niewiarygodnym stresie jakim przeżyłam, przyszedł czas na relaks. Udałam się na festiwal muzyczny, gdzie spędziłam miły wieczór, żegnając się po raz kolejny z miejscem i ludźmi. I tak następnego ranka, udało mi się przedostać przez granicę, i kontynuować swoją przygodę na Dominikanie.  









O tym miejscu mogłabym opowiadać godzinami. Wszystko było tak inne, nowe, magiczne. Patrzeć na ludzi, którzy nie mają nic, a są szczęśliwi, bo wstali. Zapachy, czy to na targu, przy budkach z jedzeniem, owoców, czy te skrajne, jak śmieci na ziemi i brud. Jeżdżenie na motocyklu w 3 osoby, łapanie tap tapa, jedzenie! Lekcja na całe życie!

wtorek, 10 listopada 2015

- STANY -

CZYLI JAK SPĘDZIŁAM MIESIĄC WOLNEGO

CZ. 1 USA


Rzecz, która najbardziej mnie cieszy, i z której jestem najdumniejsza, to fakt idealnie spędzonych wakacji- wakacji życia. 

New York - Dallas - Austin - San Antonio - Houston - New Orleans - Orlando - Miami - Haiti - Dominikan Republic - Chicago - New York

Trasa bardzo obszerna, ale na wszystko był czas. Jako, że jestem osobą umiejącą zagospodarować sobie swój własny czas, kompana do podróżowania rozpaczliwie nie szukałam. Znalazł się przypadkiem, ale tylko na jej część, i tak, wraz z jedną polką, udałyśmy się w cudowną podróż. Miami, Haiti i Dominikanę podbiłam sama.
koszty? noclegi $20, bilety lotnicze i autobusowe (między miastami) ok $600 + przebookowanie lotu ok $150 (koniec, końców zamiast polecieć do Chicago, zostałam dłużej na Dominikanie). Trochę poszalałam jeśli chodzi o wydawanie pieniędzy na miejscu, ale jednak jedzenie na miesiąc, komunikacja miejska, bilety wstępu, pamiątki itd (starałam sobie nie żałować, bo raczej drugi raz do tych miejsc nie trafię)

Opowiadać o każdym mieście bardzo dużo, więc może powiem tylko co mnie najbardziej zachwyciło w każdym z nich. Oczywiście pomijam typowe turystyczne atrakcję, które możecie znaleźć bez żadnego trudu (chyba, że to ona przykuła moją uwagę)

TEXAS: hmm, niesamowity akcent ludzi, zrozumieć się nie da. Na początku myślałam, że ludzie z NY, NJ mają mocny akcent, ale wiadomo, da się przywyknąć, w końcu tutaj mieszkam, Ale Teksas?! Szybko jak nie wiem, no i zjadane końcówki. Oczywiście da się szybko przyzwyczaić, ale szok na początku był.
W teksasie, bardzo dobrze kojarzyć mi się będzie Subway, czyli najczęściej wybierane miejsce śniadaniowe oraz 7 eleven, za to, że jest wszechobecny, ma darmowe toalety, wszystko czego człowiekowi potrzeba, a nawet i więcej, bo i alkohol ma (W NJ nie kupicie piwa w sklepie spożywczym, trzeba szukać monopolowego). I pogoda, słońce mocne cały czas, aż mi się zatęskniło!

Dallas - tutaj najbardziej spodobało mi się muzeum sztuki z ich stanowiskiem do jej tworzenia. Bardzo ciekawe miejsce na mapie miasta.


Austin - North Loop i ulica 53, na której znajdują się sklepy z antykami, vintage, wegańskie taco, wszystko utrzymane w konwencji typowo teksańskiej, niskie, pojedyncze, przy ulicy. Bardzo fajne, ale dość daleko od centrum, trafiłam tam tylko dlatego, że mieszkałam parę przecznic od tego miejsca. Tutaj też warto wygooglować 'Hamilton Pool', który znajduje się w okolicy tego miasta.



San Antonio - oczywiście mogłabym polecić przejście się River Walkiem, bo jest super, ale jeśli chcecie zjeść, koniecznie wybierzcie się na Alamo Street Eat Bar, czyli super miejsce, z food truckami, piwem, i muzyką, warto posiedzieć, odpocząć po intensywnym zwiedzaniu i to raczej z lokalnymi niż z turystami




Houston - to miasto akurat było dla mnie zaskoczeniem. Trafiłam tam w okolicach nocnych 11-12, i za ciekawie to nie było. Zdążyłam zobaczyć męskie przyrodzenie, pełno pijących, przystawiających się bezdomnych, aż chciało się uciekać. Za dnia jednak, okazało się być bardzo przyjemnie. Museum District, Hermann Park, McGovern Gardens, Menil Collection. Jedynie ze znalezieniem jedzenia był jakiś dziwny problem, nie wiedzieć dlaczego.





LOUISIANA
Nowy Orlean - tu polecam wszystko, hahaha, cudowne miejsce, gdzie faktycznie można trafić na muzykę wszędzie. Czy to w parku, na ulicy, w każdym barze, na statku, w sklepie, wszędzie! Promocje piwa sięgają do 3 w cenie 1, cudowny klimat, kolorowe budynki, niska zabudowa, Franchmen street (bardziej lokalna niż Bourbon St), City Park, główna ulica, ze starym tramwajem i palmami



FLORYDA
Orlando - tutaj trafiłam na super lokalizację, bo w Downtown, gdzie oczywiście bardzo polecam Eola Lake Park, z której widać panoramę miasta i lokalne bary z muzyką na żywo. Nie opowiem jednak, o wszystkich parkach rozrywki, bo dla mnie Orlando było bardziej postojem na chwilę, i w parku żadnym nie byłam.


Miami - tutaj najbardziej podobał mi się balkon na 48 piętrze z widokiem na całe miasto i muzeum sztuki z hamakami przed nim.




Najdziwniejsze rzeczy po drodze:
- Nie wydałam złamanego grosza na nocleg (warunki były różne- raz materac, 2 razy własny pokój z łazienką, 2 razy kanapa w salonie, 2 razy dodatkowe łóżko)
- Na noc przed pobytem w Nowym Orleanie, chłopak u którego miał być nocleg zrezygnował. Bardzo zdenerwowana, rozmawiałam o tym z Hostem z Houston, i ten zadzwonił do kogoś, kto zna, kogoś, kto może mnie przenocować. I tak uratował mnie z opresji.
- W Orlando nie miałam Hosta, aż na godzinę przed tym, jak wysiadłam z autobusu, właśnie w Orlando. Już w myśli było szukanie hostelu, ławki, czegokolwiek, ale udało się. W dniu wyjazdu natomiast, zaspałam na autobus do Miami (to chyba z tej ekscytacji, że śpię na łóżku a nie gdzieś na zewnątrz)
- W Austin byłam na domówce na 150 osób, z muzyką na żywo i wystawą sztuki, którą można było kupić. Przed tą też imprezą wychodząc z auta wpadłam w kaktusa, po czym na udzie została mi blizna


  

poniedziałek, 9 listopada 2015

- PORTUGALIA -

A dokładniej cały miesiąc wakacji w Portugalii.
Czyli o tym, że można trafić super i dużo podróżować.


Plan prosty, zabieram dwójkę moich dzieciaków (3 i 5) do samolotu, lądujemy w Kanadzie, tam spędzamy 2 dni w domu dziadków, a potem wraz z babcią lot do Porto, gdzie odbiera nas host dziadek... I (niespodziewanie) MOI RODZICE.
Samo opuszczenie wszystkiego i wszystkich w USA na miesiąc, znów było jakimś tam wyzwaniem. Wiadomo super, bo dom na plaży, piękna pogoda, wakacyjny klimat, zwiedzanie, rodzice, siostra z mężem i dzieciaczkiem przy mnie, ale mimo wszystko jakaś tam cząsteczka mnie się bała i nie chciała. Bo nie znam (nie lubię) na tyle dziadków, żeby z nimi mieszkać miesiąc, bo język, którego nie znam, bo nowe otoczenie, brak znajomych. Tak naprawdę wszystko inne.
Początkowo, z okazji tego, że była rodzina, mój grafik był bardzo korzystny, zatem co drugą noc spędzałam ze swoimi.



Podczas miesiąca w Portugalii, pozwiedzałam kilka pięknych miejsc. Wybrałam się do Stolicy- Lizbony, oraz zahaczyłam, o kilka mniejszych ale bardzo uroczych zakątków.
To trzeba przyznać, Portugalia jest bardzo urokliwym miejscem, z niesamowitym klimatem, wąskimi uliczkami, kamieniem brukowym, cudowną architekturą, pysznymi owocami. No i kolory! Wszędzie kolory! Kolorowe chusty, wiadra, parasolki, chorągiewki wiszą nad naszymi głowami, jako ozdoba uliczek. Kolorowe kurczaki, jako symbol Portugalii, też zdobią wiele zakątków. No i te widoki. Połączenie gór, oceanu, miasta dodaje specjalnego klimatu. No i pieczywo. W końcu, po długim czasie, dane mi było skosztować 'normalnego' pieczywa (w stanach chleb występuje w postaci chleba tostowego, który jest słodki). Raz, moja mama przywiozła mi chleb własnej produkcji, no a dwa, co jak co, ale Portugalczycy chleb mają wyśmienity! Oczywiście nie wszystko było pięknie i kolorowo, bo przez miesiąc spędzony z dziadkami bardziej się chyba oddaliliśmy, niż zbliżyliśmy... no niestety, dziadkowie moim PM nie byli. Chociaż cały wyjazd na duży PLUS, nie mogłam się doczekać powrotu. Zobaczenia wszystkich 'u siebie', wyspania się na 'swoim' łóżku, a co najważniejsze, WŁASNYCH WAKACJI. I to nie byle jakich, bo aż całego miesiąca!







 Zapraszam również na IG, gdzie z pewnością zdjęcia systematyczniej niż tu, i do tego na bieżąco: przodkaa


sobota, 12 września 2015

- MIASTA -

Zaletą mieszkania w okolicy Nowego Jorku jest nie tylko sam Nowy Jork ale też pobliskie miasta. Do takich należą Filadelfia, Boston czy Waszyngton. O ile w tym ostatnim jeszcze nie byłam, tak dwa pozostałe mam już zaliczone. Dziś zatem fotorelacja upamiętniająca te wypady.
Dwa miasta są bardzo ładne, utrzymane w klimacie europejskim.

FILADELFIA- niegdyś największe miasto USA i jego pierwsza stolica. Do Filadelfii wybrałam się na dzienną wycieczkę, zwiedzając główne atrakcje. Trasa zajęła nam godzinę z hakiem a za paliwo jedyne $5 na 3 osoby. W 2 strony. Polecam!





BOSTON - miasto w północno-wschodniej części USA, stolica stanu Massachusetts. Jest jednym z najstarszych i ze względów kulturowych najważniejszych miast w USA. Tak mówi Wikipedia. Tutaj wycieczka 2 dniowa, nocleg na Couchsurfingu, dojazd Megabusem. Klimatem bardzo przypomniał mi Londyn. Miasto łączące stare budynki oraz nowy wieżowce. Całkiem uroczo, warto zobaczyć.