Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ameryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ameryka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 kwietnia 2016

- ALASKA -

RAJ NA ZIEMI?!

CZĘŚĆ PIERWSZA: Informacje praktyczne


Alaska, jak wszystkim wiadomo, jest stanem USA, chociaż jak dla mnie, oprócz języka i waluty, nic wspólnego z Ameryką nie ma. Było to moje największe marzenie. Miejsce nieskalane, odwiedzane przez nielicznych. Same ochy i achy. No i główny powód mojego przedłużenia programu Au-Pair. Na wyprawę wybrałam się wraz z mym mężczyzną u boku.


8 dni - Ponad 2000 mil (3220 km) - niezapomniane widoki



Trasa przejazdu:

Lot z nowego jorku do Denver, z Denver do Anchorage

Anchorage - Kenai - Homer - Denali National Park - Nenana - Fairbanks - North Pole - Central - Droga na Arctic Circle (niestety z przyczyn niezależnych, na mniej niż 60 mil zdecydowaliśmy zawrócić) - Anchorage 




Dodatkowo, co nie zamieszczone na mapie, robiliśmy lokalne wypady, do parków, wodospadów, zobaczyć rurę (jedną z wielkich atrakcji na Alasce, czyli jak hydraulika może przyciągać turystów), zjeżdżaliśmy z drogi, do czegoś co nas ciekawiło. Te 1845 to przejazd od centrum miasta, do innego. Pozostałe mile nie zostały tutaj objęte. Żeby zaraz nie było pytań, jak to ponad 2000 mil, jak google mówi mniej :) 



1. Wynajem auta/ hotele/ bilety
Wszystko z wymienionych zarezerwowaliśmy z dość dużym wyprzedzeniem, układaliśmy długo plan, żeby wszystko zmieścić, nie było tego za dużo a jednak wszystko, co chcieliśmy.
Lot z NY (LGA) wyniósł nas $500 w dwie strony, dla jednej osoby. Z ceny byłam bardzo zadowolona, bo zazwyczaj są droższe, do tego daty wakacji nie ustalałam, więc co było, to braliśmy.
Jeśli chodzi o hotele i auto, wszystko załatwialiśmy przez booking.com i też zrobiliśmy duży rekonesans.
Oczywiście zaczęliśmy od airbnb, ale jako, że jechaliśmy totalnie poza sezonem, dużo noclegów było nieczynnych, a te które były czynne, miały porównywalne ceny (bo hotele poza sezonem zaś były tańsze). Średnio za noc płaciliśmy 30 dolarów od osoby. No i auto. Też nam trochę zajęło szukanie. Ceny zaczynały się zazwyczaj od 280, nam udało się znaleźć zniżkę za $160 z ubezpieczeniem. Bardzo tanio, do tego auto ekonomiczne. Na paliwo wydaliśmy około 150$ (może i mniej)


2. Kiedy na Alaskę jechać
Nie chcę mówić, ze jestem jakimś znawcą w tym temacie, bo byłam raz, ale z własnego doświadczenia opiszę jak to wyglądało.
Nasz termin zahaczał o święta Wielkanocne, więc w Wielką Sobotę, choć godzina nie była za późna, bardzo dużo sklepów/ restauracji było zamkniętych. Na początku nie wiedzieliśmy, czy to wina świąt czy sezonu. Po dalszym zwiedzaniu, doszliśmy do wniosku, że te dwa grają bardzo dużo rolę. Tak na przykład też w Homer Spit, który jest typową przystanią rybacką, z barami, ze świeżą rybą, nie było otwarte nic (w samym Homer jednak (jakieś) życie się toczyło). Jeśli więc chcesz zaznać klimatu turystycznego, pełnego życia miast polecam jechać w sezonie. Co jeszcze Cię omija poza sezonem? Dużo atrakcji. Nie udało nam się dotrzeć ani do autobusu, ani na koło podbiegunowe, nie złowiliśmy żadnej ryby (te marzenie akurat nie moje), nie widzieliśmy zorzy polarnej (no dobra, tylko jedną i to taką małą). Powinien to być koniec świata dla mnie i wyprawa nie udana, ale niestety z przyczyn niezależnych/ pogodowych, więc nic się nie dało z tym zrobić, a zadowolona wróciłam jak nigdy.
No i jeszcze noclegi - w lato można raczej spać na dziko, zaoszczędzając tym samym dużo pieniędzy. Uważać jednak trzeba na zwierzynę. O campingu dla nas jednak nie było mowy, więc spędziliśmy w naszej malutkiej Maździe tylko jedną noc. Przy ujemnej temperaturze, bez większego na to przygotowania.


3. Objazdówka, drogi
Po ułożeniu naszego planu, trochę się obawialiśmy, że nie zdążymy zrobić wszystkiego, co sobie zaplanowaliśmy. Przerażały nas też godziny w aucie obliczone przez Google. Ale stwierdziliśmy, że nie ma co, jak coś będzie trzeba ominąć, zastanowimy się na miejscu co. Takiej konieczności jednak nie było. Na wszystkich drogach jest ograniczenie do 55-65 mph. Cała Alaska jest wolna, jeżeli znak jest 65, ludzie prawdopodobnie pojadą 60. Drogi są jednak idealne, policji praktycznie brak (na całą podróż, przy drodze, spotkaliśmy tylko jeden radiowóz), nie zachęcam, ale aż się samo prosi o duże przyśpieszenie. Uważać trzeba jednak na łosie, które czasem na drogę wychodzą. Miejsca łatwo dla nich dostępne są jednak poprzedzone znakami. Mi osobiście wyskakujący znienacka zdarzył się raz, a na drodze przechodzące widziałam ze 3 (tylko nie pod moje koła, całe szczęście. I tak, wszystkie z nich przeżyły). No i do tego wszystkiego, posługiwałam się polskim prawkiem, bo z USA nie posiadam, a międzynarodowego zapomniałam. Auto zatem było wynajęte na współtowarzysza, o mnie nie było tam nic wspomniane. Wszystko szło bardzo gładko, i tak np droga z Fairbanks do Anchorage obliczona na 8h 30 min pokonana została w 5h 45min (i to z 3 krótkimi przerwami). Ale tu też duża uwaga: Jeśli komunikat jest, że droga jest trudna, mało dostępna itd., tak właśnie jest. To nie NJ/NY czy tym podobne, gdzie jest panika z powodu kilku cm śniegu. My tak myśleliśmy, i tym sposobem mieliśmy przyjemność jechać po lodzie czy w mgle połączonej z hmm, zamiecią śnieżną. I tak szczęście, że droga była otwarta. Tu kolejne spostrzeżenie, warto tankować auto, jak widzicie stację benzynową (poza dużymi miastami oczywiście). W drodze na koło podbiegunowe ostatnia stacja, jest na 200 mil przed nim, tak samo do Central (Circle) - trzeba przejechać 160 mil aby znaleźć stację + przebicie o ponad $1 za galon.


4. Jak to z tym autobusem
Czyli wszyscy marzą, nie wszyscy wiedzą. Na trasie (w planach) oczywiście było, ale pod drobnym znakiem zapytania. A dlaczego? Bo wyprawa długa, o locie tam nie było mowy, więc trzeba było zobaczyć na miejscu, co nam z tego wyjdzie.
Początkowy plan obejmował całodniowy przemarsz, nocleg w autobusie i powrót. Teraz tak. W jedną stronę trzeba pokonać około 26 mil, pieszo, czyli ponad 50 mil w dwie strony (ponad 80 km. Czyli jak z Katowic do Krakowa pieszo). Kiedy ostatnio miałeś taki rekord? w górach? w śniegu? Przy -10°C w nocy? Hmm, no właśnie. Ale to nie wszystko, może dało by radę ale kolejnym problemem jest rzeka. My byliśmy za późno i rzeka nie była w pełni zamarznięta. To była jedna z najważniejszych przyczyn. Dlatego też zima jest super, łatwo można przejść rzekę (bądź przejechać drogę na skuterach śnieżnych- jeśli oczywiście wasz budżet wam na to pozwala), bądź lato, i rzekę można przejść. Mostu brak.
Na dojście tam i z powrotem, zależnie od kondycji, najlepiej przeznaczyć parę dni. Trzeba wliczyć cały ekwipunek, jedzenie (którego trzeba więcej, bo chodzimy dużo, dodatkowo jest zimno, więc nasze ciało ma większe zapotrzebowanie kaloryczne, niż normalnie), woda + pić trzeba dużo, namiot, śpiwór, ubrania. Trzeba też przygotować się z zakresu spotykania na swojej srodze dzikiej zwierzyny. Bo co zrobisz jak nagle wyskoczy Ci łoś czy miś? No wcale one takie przyjemne nie są jak te w książkach dla dzieci.
Kolejny punkt- trasa nie jest oznakowana, nie jest to aż tak ogromna atrakcja turystyczna - umiejętności skauta mile widziane.
A, no i jak zimno, trzeba rozpalić ognisko. Bez węgla i podpałki. Potrafisz?Teraz chyba już wiesz, że nie jest to aż takie proste.

5. Co innego/ dziwnego/ niesamowitego/ szokującego
Tych rzeczy jest kilka, wszystkie one tworzą niezapomniany klimat Alaski
- Większość aut posiada wystający kabel, ładowarkę do akumulatora, i ładują je przez noc. Na niektórych parkingach przy restauracjach, są kable podpięte do prądu, więc jedząc, można też z obawy o mróz, podpiąć auto, jeść spokojnie i po wyjściu, bez smutnej niespodzianki odpalić auto
- Ludzie na Alasce są wolni, serdeczni, otwarci, ufni: wszyscy z Tobą rozmawiają (jeszcze bardziej niż w całych stanach), są uśmiechnięci, serdeczni, pomocni. Jest to taka duża komuna, gdzie ludzie trzymają się razem, wszystkich znają i pomagają sobie nawzajem (tak np będąc w sklepie, zastanawialiśmy się po co tam tyle ludzi- chyba z 10 osób, okazało się, że to sąsiedzi przyszli, ot tak, rozładować towar. Kupując aparat analogowy, pani powtarzała, żebym wypróbowała całą rolkę zdjęć, wywołała i jak będzie ok to dopiero wtedy przyniosła jej pieniądze. Jak dowiedziała się, że biorę w ciemno, dostałam gratis drugi obiektyw (mnóstwo innych do wypróbowania), pokrowiec na aparat, torbę na aparat i obiektywy, lampę i baterię. Kosztował $20, działa idealnie.
- Ludzie jedzą dużo, co widać na ulicach. Jest sporo ludzi otyłych. Trudno się jednak dziwić, zapas na zimę, a zima długa. Porcje jedzenia w restauracjach, wydaje mi się, że też większe niż tutaj.
- Ceny- jest drogo, różnice widać i w jedzeniu, i w paliwie (zależy gdzie i co kupujemy, ale w większości przypadków miałam wrażenie, że jest drożej- szczególe małe sklepiki, gdzieś gdzie jest jeden na 50 mil). 
Przy rezerwowaniu hoteli sprawdziliśmy, czy mają mikrofalówkę, czy jakąś podstawową kuchnie (cokolwiek), raczej zawsze mieliśmy jakieś świeże owoce na małego głoda (podczas długiej podróży autem sprawdzają się bardzo dobrze, wiadomo) i zupki chińskie/ puszki na jeden posiłek dziennie- reszta jedzona była w restauracjach, barach, w lokalnych miejscówkach, wszędzie, gdzie dobrze i lokalnie.
- Renifera można zjeść w wielu miejscach. Bardzo popularna jest kiełbasa: śniadanie, koreczki, hot dog, czy też w postaci burgera.
- Kawa, kawa, wszędzie kawa! Małe budki z kawą to plaga i ceny nie są wygórowane 
- Wszystko nazywa się tak jak miejsce w którym jesteś, rzeka, czy droga (Czyli wszystkie sklepy, zakłady, ośrodki zdrowia to Denali, Homer, Moose, Alaska itd.) Restauracje często nazwy czerpią od tego, co serwują

6. Co mnie najbardziej urzekło w Alasce:
- Muzeum w Anchorage (niesamowita zabawa, muzeum interaktywne dla dzieci i nie tylko, spędziłam tam naprawdę dużo czasu zamykając się w bańce mydlanej, głaskając żółwia czy skacząc, sprawdzając tym samym przez jak długo potrafię latać - planetarium jednak jest małe i wyświetla stare filmy)
- Homer i Homer Spit - Cudowne miejsce, stare, drewniane miasteczko, przepiękne widoki, kochani ludzie- miejsce przeznaczone na moją spokojną emeryturę, daj Bóg
- Denali i noc pod gołym niebem - najpiękniejsze czyste niebo, jakie kiedykolwiek widziałam, rozpalenie ogniska, gdzieś po środku niczego (z zapalniczką i zebranymi patykami- ogromna radość), gotowanie na nim obiadu, cisza dookoła
- Natura - widoki wszędzie nieziemskie, łosie chodzące niemalże po ulicy (Wszyscy powtarzali nam, ze łosia łatwo spotkać. W pierwszym dniu nie mieliśmy szczęścia, w drugim jednak myśleliśmy, że wygraliśmy życie i w końcu nam się udało (łoś był baaaaaardzo daleko, widziany z punktu widokowego, na zdjęciach wygląda jak pies albo krowa, bo tak daleko był). Po następnej godzinie jednak, przy całkowicie przypadkowej okazji, stanęłam z łosiem twarzą w twarz i był on niemal na wyciągnięcie ręki) czy też orzeł przelatujący nad głową, gdy podziwiasz sobie plażę.
- North Pole- dom Świętego Mikołaja. Chociaż nasz Mikołaj to ponoć jest z Laponii, to dane mi było odwiedzić jego Amerykańską rezydencję. I przyznam szczerze, że nic dawno nie sprawiło, że czułam się jak dziecko, hahah. Renifery i cała otoczka świąt, ach. Może i komercyjnie, sklep wypchany po brzegi tym co dusza tylko zapragnąć może, a nawet i więcej, ale coś w tym cudownego było. No chyba, że to tylko przez to, że brak mi rodziny na święta było, i mi rodzinne, dziecinne wspomnienia wróciły?!
- Arctic Circle Hot Springs- cudowny, stary ośrodek. Dawno temu zamknięty, nie ogrodzony, pokoje hotelowe otwarte, można zwiedzać (nielegalnie, ale można). dużo zabawy no i ogrzać się w wodzie można.
- zachody słońca (o godzinie 10)
- kurcze, tak myślę, czy nie powinnam tu jednak dać punktu WSZYSTKO i na tym skończyć opisywanie


Parę zdjęć, bo nie obejdzie się bez
Dokładniejsze/ ładniejsze jednak w następnej notce, kiedy je wszystkie zgram, przejrzę i wywołam z 2 analogów :)

Regularny widok - Droga do Denali National Park
Regularny widok - w drodze z Anchorage do Kenai

Regularny widok - plaża w Homer Spit

Arctic Circle Hot Spring


Taki tam orzeł, lecący tuż obok mnie


Spełnione marzenie - 4th Ave Anchorage

Dom Świętego Mikołaja - North Pole

Łoś
 Parę innych jest też na instagramie: przodkaa  

No to chyba tyle.
Do zobaczenia w części kolejnej, mam nadzieje, że niebawem.
W razie pytań, śmiało pytać :)

wtorek, 10 listopada 2015

- STANY -

CZYLI JAK SPĘDZIŁAM MIESIĄC WOLNEGO

CZ. 1 USA


Rzecz, która najbardziej mnie cieszy, i z której jestem najdumniejsza, to fakt idealnie spędzonych wakacji- wakacji życia. 

New York - Dallas - Austin - San Antonio - Houston - New Orleans - Orlando - Miami - Haiti - Dominikan Republic - Chicago - New York

Trasa bardzo obszerna, ale na wszystko był czas. Jako, że jestem osobą umiejącą zagospodarować sobie swój własny czas, kompana do podróżowania rozpaczliwie nie szukałam. Znalazł się przypadkiem, ale tylko na jej część, i tak, wraz z jedną polką, udałyśmy się w cudowną podróż. Miami, Haiti i Dominikanę podbiłam sama.
koszty? noclegi $20, bilety lotnicze i autobusowe (między miastami) ok $600 + przebookowanie lotu ok $150 (koniec, końców zamiast polecieć do Chicago, zostałam dłużej na Dominikanie). Trochę poszalałam jeśli chodzi o wydawanie pieniędzy na miejscu, ale jednak jedzenie na miesiąc, komunikacja miejska, bilety wstępu, pamiątki itd (starałam sobie nie żałować, bo raczej drugi raz do tych miejsc nie trafię)

Opowiadać o każdym mieście bardzo dużo, więc może powiem tylko co mnie najbardziej zachwyciło w każdym z nich. Oczywiście pomijam typowe turystyczne atrakcję, które możecie znaleźć bez żadnego trudu (chyba, że to ona przykuła moją uwagę)

TEXAS: hmm, niesamowity akcent ludzi, zrozumieć się nie da. Na początku myślałam, że ludzie z NY, NJ mają mocny akcent, ale wiadomo, da się przywyknąć, w końcu tutaj mieszkam, Ale Teksas?! Szybko jak nie wiem, no i zjadane końcówki. Oczywiście da się szybko przyzwyczaić, ale szok na początku był.
W teksasie, bardzo dobrze kojarzyć mi się będzie Subway, czyli najczęściej wybierane miejsce śniadaniowe oraz 7 eleven, za to, że jest wszechobecny, ma darmowe toalety, wszystko czego człowiekowi potrzeba, a nawet i więcej, bo i alkohol ma (W NJ nie kupicie piwa w sklepie spożywczym, trzeba szukać monopolowego). I pogoda, słońce mocne cały czas, aż mi się zatęskniło!

Dallas - tutaj najbardziej spodobało mi się muzeum sztuki z ich stanowiskiem do jej tworzenia. Bardzo ciekawe miejsce na mapie miasta.


Austin - North Loop i ulica 53, na której znajdują się sklepy z antykami, vintage, wegańskie taco, wszystko utrzymane w konwencji typowo teksańskiej, niskie, pojedyncze, przy ulicy. Bardzo fajne, ale dość daleko od centrum, trafiłam tam tylko dlatego, że mieszkałam parę przecznic od tego miejsca. Tutaj też warto wygooglować 'Hamilton Pool', który znajduje się w okolicy tego miasta.



San Antonio - oczywiście mogłabym polecić przejście się River Walkiem, bo jest super, ale jeśli chcecie zjeść, koniecznie wybierzcie się na Alamo Street Eat Bar, czyli super miejsce, z food truckami, piwem, i muzyką, warto posiedzieć, odpocząć po intensywnym zwiedzaniu i to raczej z lokalnymi niż z turystami




Houston - to miasto akurat było dla mnie zaskoczeniem. Trafiłam tam w okolicach nocnych 11-12, i za ciekawie to nie było. Zdążyłam zobaczyć męskie przyrodzenie, pełno pijących, przystawiających się bezdomnych, aż chciało się uciekać. Za dnia jednak, okazało się być bardzo przyjemnie. Museum District, Hermann Park, McGovern Gardens, Menil Collection. Jedynie ze znalezieniem jedzenia był jakiś dziwny problem, nie wiedzieć dlaczego.





LOUISIANA
Nowy Orlean - tu polecam wszystko, hahaha, cudowne miejsce, gdzie faktycznie można trafić na muzykę wszędzie. Czy to w parku, na ulicy, w każdym barze, na statku, w sklepie, wszędzie! Promocje piwa sięgają do 3 w cenie 1, cudowny klimat, kolorowe budynki, niska zabudowa, Franchmen street (bardziej lokalna niż Bourbon St), City Park, główna ulica, ze starym tramwajem i palmami



FLORYDA
Orlando - tutaj trafiłam na super lokalizację, bo w Downtown, gdzie oczywiście bardzo polecam Eola Lake Park, z której widać panoramę miasta i lokalne bary z muzyką na żywo. Nie opowiem jednak, o wszystkich parkach rozrywki, bo dla mnie Orlando było bardziej postojem na chwilę, i w parku żadnym nie byłam.


Miami - tutaj najbardziej podobał mi się balkon na 48 piętrze z widokiem na całe miasto i muzeum sztuki z hamakami przed nim.




Najdziwniejsze rzeczy po drodze:
- Nie wydałam złamanego grosza na nocleg (warunki były różne- raz materac, 2 razy własny pokój z łazienką, 2 razy kanapa w salonie, 2 razy dodatkowe łóżko)
- Na noc przed pobytem w Nowym Orleanie, chłopak u którego miał być nocleg zrezygnował. Bardzo zdenerwowana, rozmawiałam o tym z Hostem z Houston, i ten zadzwonił do kogoś, kto zna, kogoś, kto może mnie przenocować. I tak uratował mnie z opresji.
- W Orlando nie miałam Hosta, aż na godzinę przed tym, jak wysiadłam z autobusu, właśnie w Orlando. Już w myśli było szukanie hostelu, ławki, czegokolwiek, ale udało się. W dniu wyjazdu natomiast, zaspałam na autobus do Miami (to chyba z tej ekscytacji, że śpię na łóżku a nie gdzieś na zewnątrz)
- W Austin byłam na domówce na 150 osób, z muzyką na żywo i wystawą sztuki, którą można było kupić. Przed tą też imprezą wychodząc z auta wpadłam w kaktusa, po czym na udzie została mi blizna


  

sobota, 12 września 2015

- MIASTA -

Zaletą mieszkania w okolicy Nowego Jorku jest nie tylko sam Nowy Jork ale też pobliskie miasta. Do takich należą Filadelfia, Boston czy Waszyngton. O ile w tym ostatnim jeszcze nie byłam, tak dwa pozostałe mam już zaliczone. Dziś zatem fotorelacja upamiętniająca te wypady.
Dwa miasta są bardzo ładne, utrzymane w klimacie europejskim.

FILADELFIA- niegdyś największe miasto USA i jego pierwsza stolica. Do Filadelfii wybrałam się na dzienną wycieczkę, zwiedzając główne atrakcje. Trasa zajęła nam godzinę z hakiem a za paliwo jedyne $5 na 3 osoby. W 2 strony. Polecam!





BOSTON - miasto w północno-wschodniej części USA, stolica stanu Massachusetts. Jest jednym z najstarszych i ze względów kulturowych najważniejszych miast w USA. Tak mówi Wikipedia. Tutaj wycieczka 2 dniowa, nocleg na Couchsurfingu, dojazd Megabusem. Klimatem bardzo przypomniał mi Londyn. Miasto łączące stare budynki oraz nowy wieżowce. Całkiem uroczo, warto zobaczyć. 



poniedziałek, 22 czerwca 2015

-WYCIECZKI-

O tym, co warto zrobić, będąc w Stanach


I nie mowa tu o kupowaniu ubrań na wyprzedażach ani elektroniki, a o drobne wycieczki nam się rozchodzi (dla miłośników spędzania czasie na wolnym powietrzu)

Camping

Z pewnością warto wybrać się na camping, oj tak!
Tak jak już kiedyś pisałam, Amerykanie traktują rzeczy poważnie, a do tego wszystko mają duże. Auta, budynki, zapakowane jedzenie na sklepowych półkach. No i kto nie słyszał kiedyś o amerykańskim 'promie'. Campingi myślę równie popularne. Dlatego gorąco polecam zaopatrzyć się w dobrą grupę znajomych, którzy pokażą Wam, jak to się tutaj robi.
Niestety mój camping, przeoczył bardzo ważny punkt, nie było pianek! (albo to ja je przeoczyłam, bo sama i tak raczej nie jem)


Na campingu, bardzo łatwo spotkać niedźwiedzia. Chociaż byłam już ze 3 razy, jeszcze mi się to nie udało

A to droga nad jezioro, wokół którego umieszczony jest teren campingowy.
Miejsce, do którego jeździmy jest Parkiem Stanowym, a jako ciekawostkę, powiedzieć Wam mogę, że na jego terenie obowiązuje całkowity zakaz picia alkoholu, więc jeśli, już ktoś (raczej wszyscy) postanowi złamać regułę, i przy ognisku w gronie wyśmienitych znajomych, napić się choćby piwa, przed strażnikami musi się chować.


Góry!
To kolejny punkt, który warto zaliczyć. Natura w Stanach jest super. I nie mowa tu tylko o tych dużych, znanych cudach, ale tych mniejszych, niedocenionych. Może się okazać, że godzinę, bądź 2 od siebie, macie np całkiem ładne góry. I tak, możemy przejść już do kolejnej relacji zdjęciowej.
I jeszcze mgła, która tworzyła niesamowity klimat!

Wodospady!
Niagara już była, to teraz czas na mniejsze, urocze wodospady, schowane choćby w stanie NJ. W moim przypadku miasteczko zwane Paterson. Niestety park i most nad 'głównym' wodospadem był zamknięty, więc podziwiane z odległości. Hop, widoczki.

Powiem Wam szczerze, że myśląc o okolicy Nowego Jorku nie miałam przed oczami tylu zielonych miejsc, a z ręką na sercu, jest gdzie uciec od zatłoczonego, głośnego miasta. Nic tylko żałować, że się nie ma weekendów całych wolnych, na takie właśnie zwiedzanie okolic.


A no i jeszcze coś, czego nie polecam nikomu! I to akurat wycieczek dotyczyć nie będzie. A mianowicie, nie rozbijajcie ekranów swoich ukochanych telefonów! Mi ostatnio udało się tego dokonać, po czym dostałam reprymendę  od swojego kochanego 2,5 latka, o tym, że jestem dzidziusiem, telefon to nie zabawka i chyba powinnam to wiedzieć i być ostrożna! Następnym razem wezmę te słowa do serca!

środa, 15 kwietnia 2015

- KANADA -

10 dni w Toronto - krótka relacja, zdjęcia.
Wakacje się skończyły, nadszedł czas pracy, to i praca nad blogiem wskazana.



Święta Wielkanocne

W Ameryce święta Wielkanocne na sklepowych półkach widoczne są już 15 lutego, zaraz obok wyprzedaży czekoladowych serc. Amerykanie uwielbiają czekać na święta i gdy tylko jedno się kończy, na półkach można znaleźć wszystko co potrzebne na kolejne (chociaż nieraz jest parę miesięcy później). Nie różnią się bardzo mocno od tych 'naszych'. Dla dzieci urządzane są 'polowania na jajka', czyli dzieciaczki muszą znaleźć ukryte jajka, a następnie dostają prezenty, zamiast śniadanie jest lunch i nie ma śmingusa dyngusa. Z jajek królują oczywiście te czekoladowe.
Wielka Sobota była niesamowicie 'wielka'. W tym roku, zamiast do Kościoła ze święconką wybrałam się na wycieczkę na Niagarę po stronie Kanadyjskiej. Robi ona dużo szumu i ogromne wrażenie. Tym bardziej, że jej część była zamarznięta. Jest to miejsce, nie tylko dla osób, które uwielbiają podziwiać naturę, są ciekawe jak wielki jest ten Wodospad, ale również dla osób, które pragną wydać pieniądze na rozrywkę. Osobiście myślałam, że jest tam minimalnie większy kontakt z naturą. Nic bardziej mylnego. Droga, chodnik i centrum rozrywki (m.in dom strachów, kręgle, kasyno, kino i restauracje). Jest to jakaś jedna główna ulica, za nią nie ma już nic. Wrażenia bardzo pozytywne.







W Wielkanoc nie zastało mnie pyszne śniadanie, czekające na mnie na stole, zjedzone w rodzinnym gronie. Musiałam zrobić sobie je sama, a ze świętami nie miało nic wspólnego. Za to lunch, to już inna sprawa. 27 Portugalczyków, 2 Włochów, 1 Kanadyjczyk i ja. Bardzo dużo jedzenia a nawet jeszcze więcej. Chociaż obaw miałam wiele, w ostatnich chwilach chciałam nawet uciekać, to było bardzo miło. Jedno z przeżyć, które raczej w moim życiu się już nie powtórzą.

Poniedziałek Wielkanocny - wg staropolskiego przysłowia zostanę starą panną, bo w tym roku nie oblał mnie nikt. Ciężkie życie na obczyźnie. Dostałam jednak zaproszenie do Włoskiej rodziny na obiad. Było wino, wegański makaron i pizza. Wszystko niesamowicie pyszne!
A potem już tylko zwiedzanie miasta. Cudownego Toronto. W mieście zakochana jestem po uszy. Jest to mały Nowy Jork. Dlaczego: ma mini Times Square, jest 'bogata' ulica niczym 5 aleja, Empire zastępuje CN Tower. Znalazło się też miejsce na cienki budynek, niczym Flatiron. Jednak to, co lepsze, to niezliczona ilość muzeów, młodych ludzi, murali na każdym wolnym murze. Miasto duże, a jednak czyste i ciche. Na ulicy można usłyszeć więcej języków obcych niż w NYC. Wszystko pozytywnie. No i mają tramwaje, które jeżdżą po centrum miasta. Z resztą co tu dużo mówić. Fotorelacja będzie chyba lepsza.



kolory miasta




Nowoczesne muzeum, wyrastające z kamienicy


niedziela, 29 marca 2015

-PAMIĘTNIK-

Dziś postanowiłam opisać co u mnie, jak mi się układa itd.






 Jestem tu 'już' 80 dni. Nie jest to dużo, wiem, ale też nie mało. Czas mija jak szalony. I brzmi oklepanie, ale tak właśnie jest. Dopiero co przyjechałam, a już prawie 3 miesiące. Osoby, które są dłużej, pewnie mówią to samo. Już 8 miesięcy? Przecież dopiero co załatwiałam papiery.
Moja rodzina dalej jest moim PM, to zdecydowanie. Dalej są kochani, troskliwi (ale bez przesady). Dzieci (4,5 : 2,5), wiadomo, czasem mam na nie nerwy, nawet bardzo duże, ale są kochani. Mimo wszystko. Z młodszym uczymy się siadać na toalecie, w czym nieraz odnosi sukcesy (potrafi sam się ubrać, włącznie z pampersem, jednak nie potrafi zawołać na czas?! Ameryka). Wcześniej chłopcy mieli system nagród 'słodyczowy', tzn 'ubierz buty/ zjedz brokuła/ umyj ręce itd. to dostaniesz czekoladę. Nie wiem po co tak się robi dzieciom, ale teraz to oni pytają, czy jak zrobią daną czynność to dostaną niespodziankę, a jak mówisz im, że nie, bo to ich obowiązek, mają to zrobić i już, to mija 5 minut targowania, zanim faktycznie to zrobią. I to jest właśnie wkład byłych Au-Pair, w życie dzieci i systemy wychowawcze, z którymi nie zgadzamy się w 100%
Zaliczyłam już wypadek przy pracy. Wsadziłam kiedyś przez przypadek palec do blendera i go włączyłam. Do tej pory zastanawiam się jakim cudem to się stało. Na całe szczęście, nie skończyło się to tak groźnie, jak mogło i jedyne co, to będzie blizna.
Kursy. To temat ciężki dla mnie. Albo nie odpowiadają mi godziny, albo daty, ceny czy cokolwiek innego. Jeśli myślicie o zrobieniu kursu specjalistycznego (np. Ja planowałam dietetyka), to musicie się pogodzić z tym, że 500 $ niestety jest bardzo małą kwotą. Już myślałam, że udało mi się znaleźć, ale moje godziny pracy w ciepłe dni ulegną drobnej zmianie, i nie zdążę z kursu odebrać dzieci. Więc muszę zacząć poszukiwania na nowo.
Plany na wakacje. Staram się bardzo wymyślić coś sensownego. Na miesiąc jadę do Portugalii, do wakacyjnego domku dziadków, i to jest pewne. Po powrocie będę miała swoje wolne. Prawdopodobnie również miesiąc. Mam zamiar udać się w (samotną chyba) podróż, daleką, rozległą. Ta jednak zależy od tego, ile uda mi się zaoszczędzić, a w tym jestem tu kiepska a dodatkowo mało czasu na te oszczędzanie zostało. Jak zabukuje już bilety, będę mogła się chwalić. Teraz to plany zmieniają mi się co 3 sekundy, a jedyne co wychodzi to tzn 'palcem po mapie'
A jeśli chodzi o podróże mniejsze, zaliczyłam już Filadelfię, a 1 kwietnia jadę do Toronto.
Nowy Jork nie znudził mi się jeszcze ani trochę, czekam z utęsknieniem na wiosenne dni, co by móc odkrywać go w pięknej oprawie kwitnących drzew, spacerujących ludzi.
Znajomi. Z czasem poznaje się ich coraz więcej. W moich okolicach ludzi nie brakuje, jest z kim wyjść, porozmawiać, wszystko. Jednak jestem szczęśliwa, że w Polsce mam takich znajomych, jakich mam. Szczerze myślałam, że kontakt będę mieć z jedną osobą ale jestem pozytywnie zaskoczona.
Nie tęsknię płacząc do poduszki. Wiadomo, super byłoby wpaść na rodzinny obiad, spotkać się z tym, czy tamtym, ale HEJ przygodo. Jest super. Ludzie poczekają, trzeba myśleć też o sobie, przeżyć nasze 5 minut (no, czy tam rok) należycie, żeby już po powrocie mieć masę historii do opowiedzenia!
Co jeszcze? Odkrywam siebie coraz bardziej, zdobywam pewność siebie, bardziej cieszę się ze wszystkiego, szczególnie z tego co osiągnęłam, co tu mam i z tego co mogę osiągnąć. Może brzmi tak samo oklepanie, jak to, że czas tu leci nieubłaganie, ale to prawda. No i ustalam życiowe cele. To co chce osiągnąć, kim być, co robić. Wszystko.




Ostatnio padło pytanie na gr. polskich Au-Pair jak piosenka kojarzy nam się z wyjazdem.
Ja mam całą 'plejlistę'... Mam piosenki, których słuchałam intensywnie w czasie wyjazdu, które były obecne podczas lotu czy takie, które słuchane namolnie są teraz.

Cat Power - Manhattan teraz sama sobie spaceruję po tych wszystkich miejscach z teledysku
Estelle - American Boy [Feat. Kanye West] słucham tak o tych miejscach, też chce tam być 
Vampire Weekend - Step wgapianie się w teledysk
Grzegorz Turnau - Byłem w Nowym Jorku bo nie warto nie być w Nowym Jorku
It's Hoboken bo tu mieszkam



Z piosenek wyżej wymienionych tylko Cat Power jest wałkowana, reszta jak poleci, to myślę intensywnie o wyjeździe, szczęściu itd. Do tej listy dopisać jeszcze wypada piosenki, z którymi uwielbiam spacerować, bo te najbardziej kojarzą mi się z danym miejscem, nawet po bardzo długim czasie. 
Mac Demarco - Blue Boy
Edward Sharpe & the Magnetic Zeros - 40 Day Dream
Benjamin Francis Leftwich - Shine (Kygo Remix) 
Grimes - Oblivion

czwartek, 12 marca 2015

- UPRZEJMOŚĆ -

O AMERYKAŃSKIEJ UPRZEJMOŚCI


God bless America
I nie będę tu pisać o tym, jak ludzie są fantastyczni, bo każdy mówi 'Hi, how are you?'. I nie ważne czy to kasjer, listonosz, nauczyciel, host rodzic, czy też obcy na ulicy. Nie będę też na to narzekać, bo to po prostu jest. Mówią to tak samo, jak my mówimy 'dzień dobry'. I chociaż czasem jest to fantastyczny i najłatwiejszy zarazem sposób na poznanie innych, nie należy on do kategorii uprzejmości narodu amerykańskiego. Ani też nie warto mieć go po dziurki w nosie. Raczej należy przywyknąć i zamiast 'dzień dobry' odpowiedzieć 'good, and you?'. No bo nikt nie interesuje się tym, jak się mamy, tylko chce się najzwyczajniej w świecie przywitać. Zatem nikt nie odpowie: 'U mnie beznadziejnie! Zdechł mi pies, babcia poszła do szpitala i ukradli mi torebkę. A co u Ciebie?'
Pomijając już przywitanie, ludzie są tu milsi. Teraz sobie pozwolę na drobne, uogólnione porównanie z naszym wspaniałym krajem. Polska to naród osób narzekających. A bo to ceny za wysokie, pogoda nie ta, rząd nas oszukał, Tusk okłamał, no a zamiast zwrotu podatku, w tym roku dopłata. Obce nam są komplementy. Nie potrafimy (niestety)  ich dawać, ani przyjmować ('ojej, ale ładne buty' 'aa, już stare, mają 2 dni i w ogóle już są brudne' czy tam 'ładnie dziś wyglądasz' 'ee, pomalowałam się jak zawsze, włosów nawet nie poczesałam'). Tu podejście jest inne, bardziej radosne. A to, że masz ładną fryzurę, uśmiech, ubranie czy cokolwiek innego, można usłyszeć na ulicy od przypadkowego przechodnia (strony typu spotted tutaj raczej nie mają racji bytu). Bez problemu zapyta też, skąd to mamy, lub zapyta o to jak on wygląda.
Są oni też pomocni. Tym bardziej jeśli wiedzą, że nie jesteś stąd. Ta cierpliwość np w tłumaczeniu jak coś zrobić, czy wypełnić wynika pewnie z tego, że przyjezdnych mają tutaj dużo, i są tego nauczeni, ale nie ma co, na uprzejmość to wpływa. Dzięki temu załatwienie czegoś w banku, urzędzie czy innych takich, nie jest dzięki temu tak straszne. No przynajmniej porównywalnie strasznie, do tego w Polsce.



Ja już miałam okazję doświadczyć miłą stronę Ameryki parę razy. No to lecimy.
Wracałam kiedyś do domu autobusem, oczywiście na przystanek biegłam, wystraszona, że transport mi już chyba uciekł, zapytałam Pana, czy już jechał, na co on odpowiedział, że nie. I teraz zastanówmy się: co stanie się w PL- najprawdopodobniej Pan odejdzie na drugi koniec przystanku, wkurzając się, bo przerwałeś mu właśnie układanie w głowie programu TV na dzisiejszy wieczór, naprzemienne z myśleniem o tym, że pogoda dalej beznadziejna, bo śnieg. Co stało się tu? Pan pokazał mi skąd autobus przyjedzie, zapytał gdzie jadę, poinformował o przystankach, dał mi nawet pieniądze na bilet (1. nie, nie wyglądałam na bezdomną, 2. byłam trzeźwa, 3. nie chciał wziąć pieniędzy, chociaż wyciągnęłam je z portfela). Wszystko to odbyło się przy miłej rozmowie.
Codziennie (no dobra, prawie) urządzam sobie długie spacery. Raz wybrałam się na spacer, po dość sporych opadach śniegu. Weszłam na świeżo odśnieżony chodnik, nagle ktoś zabiega do mnie od tyłu. 'Zrobiłem to specjalnie dla Ciebie!' Ktoś do mnie (znowu) mówi?! Że co niby?! Odwracając się wydobyłam jedynie z siebie 'hę?' 'Zrobiłem to specjalnie dla Ciebie' powtórzył Pan, pokazując mi ten swój odśnieżony chodnik. 'Hahahaha, ee, dziękuję'. Drobne, ale miłe.


Najgorszy dzień w życiu. Spacer w minus milion, ja totalnie nie przygotowana (myślałam, że jest cieplej, bo głupie słońce mnie zwiodło + zapomniałam rękawiczek i na nogach trampki). Śnieg leżał na poboczach, ale nie było go już na chodnikach, więc w drogę. Daleką drogę. Do Liberty State Park, żeby sobie w końcu zobaczyć Statuę. Park, w którym byłam jedyną osobą, nie okazał się być odśnieżony (śnieg w zimę w parku?! Kto by się spodziewał), więc brodziłam w nim, w trampkach. Przeszłam cały Park, Statuę widziałam, więc pora wracać do domu, koniecznie komunikacją miejską! No to na przystanek. I tak jak w bajkach 'za siedmioma górami, za siedmioma lasami' szłam i ja. Tylko w bajkach nie chodzi się po drogach szybkiego ruchu, wychodzących na autostradę, które chodników oczywiście nie posiadają. No i przy tych nieszczęsnych minus milion w dodatku. No dobra, co jak co, życie mi miłe, po autostradzie chodzić nie będę. Zawróciłam. Byłam tak niesamowicie zła, że krzyczałam, byłam bliska łez, nienawiść kipiała ze mnie, że aż strach. I tak klnąc i zamarzając skręciłam w inną bezchodnikową ulicę. Auta na mnie trąbiły, dziwiąc się, że ktoś spaceruje. Nagle zatrzymuje się auto 'nic Ci nie jest? Co ty tu robisz?!' 'Spaceruje...', 'Co ale jak to?! Jest lodowato! Gdzie idziesz?! Wszystko w porządku?!' 'Tak, ok (oprócz tego, że zamarzam a przed oczami mam całe swoje życie), na przystanek. Mogę iść po drodze, czy dostanę mandat?'. Potem kolejne 2 minuty rozmowy opierały się na ogólnym szoku, że to 10 min autem, że zimno, że zamarznę. A potem usłyszałam tylko 'nie zostawimy Cię tak tutaj, wsiadaj'. Co? Eee, nie, przejdę się, no nie wiem, ok! Będę żyć! Nawet jak mnie wywiozą nie wiadomo gdzie i umrę, to umrę w cieple. Nie wywieźli. Doprowadzili mnie na przystanek, wytłumaczyli mi, że spacerować w taką pogodę się nie powinno, dodali, że mam na siebie uważać, nikomu nie ufać a szczególnie nie wsiadać do obcych aut. Dobrze, już nie będę!

Ameryka powinna jednak wyrównać sobie poziom mówienia 'przepraszam' z Polskim narodem. To zdecydowanie. U nas nie przepraszamy często za to, za co powinniśmy, tutaj przeprasza się nawet za to, za co nie powinniśmy. Z dziwniejszych przypadków: Pan przeprosił mnie za to, że szedł po ulicy a potem zawrócił, bo mu się kierunki pomyliły, inny za to, że śpiewał a jeszcze inny za to że szłam za nim, on się odwrócił, był w szoku, że ktoś za nim szedł i się wystraszył. No i lubią trzymać duży dystans, więc jak jesteście między regałami w sklepie, człowiek nadchodzący już 5 metrów przed wami, zakomunikuje, że chce przejść, wykrzykując przepraszam.
No i mój faworyt. UŚMIECH! Ludzie w Polsce niestety uśmiechają się rzadko, jak ktoś się uśmiechnie, zastanawiamy się kto kto był, skąd go znamy, debil, chory psychicznie, naćpany. A tu można uśmiechnąć się do obcego, patrząc mu w oczy a w zamian zamiast odwrócenia głowy, dostaniemy odwzajemnienie uśmiechu! I nie ważne, czy szczerze, czy nie. Odwzajemniają lub dają go pierwsi, i ja to lubię.
Tak więc jeśli jesteś typem osoby, zamkniętej, która nie lubi rozmawiać z ludźmi, wymiany sztucznych uśmiechów i w ogóle aspołecznej w 100%, w USA możesz mieć problem osobowości!

środa, 25 lutego 2015

- JEDZENIE -

O tym, że w Stanach zielenina, to nie tylko do hamburgera





Na całym świece, rozsiany jest pogląd, że amerykańce jedzą źle, fast-food'owo, a warzyw i owoców to tu nie ma. No a jak już są, to oczywiście smakują obrzydliwie (czy też raczej nie smakują w ogóle, bo opisywane są jako 'bezsmakowe').
Pogląd ten mam zamiar dziś obalić. No dobra, fakt! Może nie uda mi się to całkowicie, ale chociaż pokażę, że nie jest on w 100% poprawny. A może raczej aktualny. No bo jak go obalić, kiedy 50 nugetsów w Maku, można dostać za 10$, a na każdym rogu czai się na nas, popularna z opowiadań wszystkich (bo przecież nawet Obama ma swoją ulubioną miejscówkę w NYC), 'lokalna' budka, gdzie podawany jest hot-dog* wprost z rąk Hindusa, stojącej 2 kroki od pizzy na kawałki?!
Kraj fast-food'a? A i owszem! ALE to też kraj siłowni, sportu, biegania, fit, 0% fat, organic i innych BIO cudów. (Jeśli czytałeś za darmo w Nowym Jorku, pewnie wiesz już o możliwości darmowych zajęć fitness, zumby i tym podobnych. LINK ). Siłownia to mekka- bo która Au-Pair nie dostała karnetu, bądź nie ma w rodzinie kogoś, kto na nią nie chodzi. No i w jakim miasteczku jej nie ma (albo kto nie ma jej w miarę blisko)?! Są plagą jak te lokalne budki Hindusów na ulicach NYC. A, no i MEL-B - wyrocznia. Bo kto nie chce mieć pośladków jak ona! A biegacze? Stroje na siłownie? Staniki sportowe, buty, spodenki, akcesoria - jak grzyby po deszczu, są wszędzie, w każdym sklepie.
Tu właśnie przykład takiego 'wagowego' jedzenia.
Ukryta sałatka i tortilla z zieleniną i tofu.
No i fakt, może nie mają chodników, nie chodzą na spacery, ale za to w mieście, w którym przyszło mi stacjonować, na promenadzie zawsze się spotka biegacza, no i to nie jednego.
Urażona Ameryka postanowiła pokazać, że oni to wcale tacy grubi nie są, chcą walczyć w tym problemem, wszystkie kobiety tu, teraz będą jak Top-model z okładki Women's Health Magazine, a mężczyźni tu, niczym Herosi - chociażby ten muskularny Herakles.
Idąc do restauracji, jako 'cukier', tu nie tylko cukier buraczany ew. brązowy tylko milion słodzików. I nikogo nie dziwi ani nie bawi zamawianie Coli light, do wielkiego posiłku, bo przecież trzeba dbać o to, by nie dostarczyć zbędnych 100 kalorii, norma. 
A, o i samych sklepów Bio, organic, z żywnością wegetariańską czy wegańską jest mnóstwo. Najczęściej oferują one nie tylko produkty zwykłe w opakowaniach, ale mają także jedzenie na wagę, zupy, owoce, sałatki, zdrowe, organiczne tortille, kanapki, pizze na bazie quinoa i one też, uwierzcie mi na słowo, naszprycowane zieleniną są po brzegi.


WEGAŃSKA PIZZA
(Jedyna mrożonka, na którą się póki co skusiłam)
Moje obawy przed wyjazdem sięgały zenitu. Ja w świecie steka?! Wiedziałam, że czekają tu na mnie wegeburgery, hot-dogi, pizze, gofry, lody, sery, ale czy mi nie chodzi o to, by jeść naturalnie? No bo te rzeczy z pewnością do takich nie należą. No i co z tym smakiem tego naturalnego? Te ziemniaki ponoć takie suche, inne. Polska krajem cebuli i ziemniaka, i te produkty mamy najlepsze u nas. Ale, ale, idąc do warzywniaka, czosnek weźmiesz chiński czy ten nasz? Albo inny produkt. Lokalnie czy świeżo przywieziony z zagranicy? (de facto dalej oferujący się jako świeży, nie jako 'dziś przywieziony, a na pace spędził 5 dni'). No właśnie. To skoro my mamy najlepszego ziemniaka, to może pora skosztować ich słodkiego, bo to oni tu wiodą prym. A zamiast tej przetworzonej żywności, połasić się kiedyś, na zrobienie własnej, domowej (lepcie pierogi!). Trend panuje tutaj wielki i muszę przyznać, że oczy mi się zaświeciły, po tym jak zobaczyłam ilość zieleniny w sklepach- jest jej mnóstwo, i tym obawiać się nie musimy.
No i jeszcze jedno. 10kg. To średnia, jaką przybiera Au-Pair, po roku w USA. Dużo, prawda?
Nie chcesz tyle przybrać, nie? Nikt nie chce. Jedziesz spełnić marzenia, wśród nich to, żeby zgubić parę kilo (no bo na tej Florydzie, to trzeba jakoś wyglądać!) i wrócić do PL odmieniona? Po rozmowach z zasiedlonymi tutaj, aż głowa pęka od historii o tyciu. Chyba większość to przeżywa. Jestem jednak dobrej wiary dla siebie, i zdania, że to od nas zależy, czy pójdziemy szlakiem starego i sukcesywnie obalanego mitu, o tych grubych amerykańcach, czy wpasujemy się w ten drugi 'fit' trend, zajadając się szeroką gamą zieleniny, nasion, czy innych zdrowych przekąsek. Wszystko jest możliwe, wystarczy chcieć! Udało Ci się zebrać siły, by zdecydować się na ten wyjazd? To jestem pewna, że masz na tyle siły, by nawet tu wpasować się w zdrowy model!
Ps. Jedyne co złe, to fakt, że kasza mało popularna : (

 







 * Nie, nie zaznaczyłam hot-doga gwiazdką by tłumaczyć, że to parówka, bułka i dodatki. Ciekawostkę chciałam przytoczyć. Bardzo popularną marką jest Nathan's i nie wiem czy wiecie, ale człowiek ten urodził się w Polsce, a jak zakładał hot-dogowy biznes, to wykorzystał swój liźnięty w Polsce zmysł kombinowania, i wydał na to 300$. Oj, chyba szybko mu się to zwróciło.



środa, 18 lutego 2015

- OBOWIĄZKI -

Dziś o obowiązkach Au-Pair, a raczej o tym, jak ich nie wykonywać.

Wiadomym jest, że nie jesteśmy zwyczajnymi opiekunkami do dzieci, ani tym bardziej przyszywanym członkiem rodziny (cudem jest, jeśli nasza rodzina stara się nas tak traktować- szczęśliwa ja). Oprócz wyjątkowego grafiku, rozszczepionego na milion części (bo akurat nasza rodzina potrzebuje nas 3 razy w ciągu dnia z przerwami- czemu by nie, bywa i tak), wszystkich niespodziewanych dni wolnych dla dzieci w szkole (oznaczające godziny pracujące, zamiast wyjścia do Starbucksa. No i co z tego, że miał to być 4 raz w tym tygodniu, chociaż jest dopiero czwartek?!) dolicza się pranie czy gotowanie. Tak, tak. Dziś o tym.
To może zacznę od gotowania. Moja HF poszukiwała osoby, która upichcić coś potrafi. Ja do takich osób należę. Ba! Nawet sprawia mi to przyjemność. Ponadto będąc guwernantką, przez 2 lata moim zadaniem było przygotowanie 4-5 posiłków na dzień. Potwierdzając to zatem 10 tysięcy razy, rodzina stwierdziła, że nie kłamie, to też mnie wybrała. I przyszedł czas na pierwsze gotowanie obiadu. Całości doglądała HM, która robiąc co innego, niby niechcący spoglądała mi na ręce. Spaghetti?! Phi! No i wkładam ten makaron do garnka, przekręcając go, by idealnie się rozłożył. Już kąciki ust podnoszą się ku górze, już chce być dumna z tego jak ładnie to zrobiłam. No właśnie, mam być. Przedwczesną dumę przerywa mi zapach spalenizny. Spokojnie, wlałam wodę! Przyczyna? Nieznajomość kuchni i narzędzi jakimi przyszło mi operować. No dobrze, a tak nie zwalając winy na wszystko co wkoło i przechodząc do konkretów, to nie postawiłam garnka na środku palnika, ogień z tyłu był za wysoki no i zaczął palić ten mój idealnie rozłożony makaron. Obiad oczywiście został uratowany, poprzez mozolne wyławianie (#Kopciuszek, #Au-Pair) spalonych części, ale to jak wtedy głupio się poczułam, to chyba nigdy! (edit. A nie, jednak jak tak teraz myślę, to było to porównywalne z tym, jak dzień po przyjeździe weszłam do sypialni tymczasowej host rodziców... o 6 nad ranem. Jak byli w łóżku i spali. Tak, obudziłam ich tym). Z przygód kulinarnych mogę jeszcze dorzucić taką o grillowaniu kurczaka. Przyrządziłam 2 kawałki dla dzieci, kładę na talerz, siadamy, jemy, wszystko pięknie a w zapasie kolejne 2 kawałki do zrobienia zostały. To położyłam i je na patelnie, by robiły się, podczas gdy my jemy, po czym odwróciłam na drugą stronę stwierdzając, że zaraz o nich zapomnę i je spale. Jako że patelnia była wciąż ciepła, trochę tę surową stronę podpiekła. Po obiedzie czas na zabawę, potem wolne dla mnie. Nagle wołanie HM, 'Magda, ja wiem, że nie jesz mięsa, jak potrzebujesz pomocy w ocenie czy jest dobre, czy nie, zawsze możesz zapytać (...)'. A w myślach tylko 'A nie mówiłam, że zapomnisz o mięsie?'. Zaczęłam się jednak śmiać i szybko wytłumaczyłam hostce całą sprawę (ta jednak zdążyła się już rozpędzić- wtrąciłam, gdy już była na 'bakterie (...) szpital'. Dobrze, że dałam radę przed 'śmierć', bo ton był na tyle poważny).
A tak sprawnie z mojego zapominalstwa, wracając do tych kulinarnych wyczynów, to szybko udało mi się odbudować swój autorytet. Na chwile obecną mam swoją markę, nazywaną przez mojego hosta MAG'delicious. Chyba poszło w zapomnienie. Uf.
No ale to nie koniec poradnika jak zostać Perfekcyjną Panią Domu. Z pomocą w walce o to miano, przychodzi nam zrobienie prania. Droga Pani Małgosiu, udzielę tutaj Pani szybkiej lekcji. Pranie brudnych pieniędzy to moja specjalność. No bo kto wymyśla wartość 1$ w papierkach, portfela nie chce się wyciągać i wciskane są gdzie popadnie... a potem lądują w pralce. Do tego wiem też najlepiej, jak wyprać słuchawki, tak by wciąż działały! (Morał: Mamy słuchać trzeba, Mama ma rację! Szczególnie, gdy powtarza od małego to, o sprawdzaniu kieszeni!) Mając pod swoją opieką dwóch małych chłopców, potrafię wyczarować z wielkiego bębna spinkę z Frozen, a nauczona nosić 2 różne skarpetki, chyba będę zmuszona wpoić tę lekcję moim host dzieciom. Chyba, że prędzej wypędzę krasnale, co te skarpetki podkradają (Tak właściwie, to dlaczego zawsze biorą jedną, zamiast wziąć parę?!).
Jak widać, z całą pewnością radzę sobie wyjątkowo dobrze w świecie moich obowiązków! Jeszcze parę takich drobnych wypadków i obiecuję, narysuje sobie koronę i zrobię sobie szarfę!



A DZIŚ DLA WAS ROCKEFELLER CENTER